poniedziałek, 8 października 2007

Z wizyta w mateczniku. Analiza zdarzeniowa.

Matecznik- inaczej gniazdo albo macica adaptacyjna. Czyli, jakze przytulne i bliskie mi emocjonalnie, ognisko domowe na Southgate, hostujace rozbitkow z Polski takich jak a. A pozniej jak kulturze indyjskiej, niczym strzala z luku...Wprosilem sie nieinwazyjne wiec na obiad, pod kapitanatem Pani Redaktor.

Naturalnie, oszalamiajacym fajerwerkiem i kluczem do udanego wieczoru byl wybitnie przygotowany sledz. Wlasnie taka, pelna metafizyki konsumpcja, jest jedynym znanym mi bez udzialu srodkow niedozwolonych, substytutem orgazmu. Orgazm ten wspomagany Merlot'em, do ktorego miloscia natychmiastowa zapalal Tadziu, trwal dlugo i ustanowil kolejna, niezwykle wysoka poprzeczke dla podobnej natury, spotkan.

Po posilku, nastapila, goraca wymiana radosci, uzupelnienie danych. Pozostali domownicy i krewni domownikow przybywali tlumnie, i nie trzeba bylo dlugo czekac by zrodzil sie plan, co by tu. Azymut zostal powziety a byl nim, moj ulubiony, frywolnej natury klub Shoout! (dobrze napisalem?) na Wood-Green'ie.

Klub nie zawiodl. Zgodnie z oczekiwaniami, bylem swiadkiem niezwyklej klasy, prob zawierania znajomosci miedzy jakze obcymi dla siebie plciami. Jakze poetyckie a zarazem mityczne w swym obrazie, byly te drastycznie dysproporcje w ilosciach zainteresowanych meskich torsow do mozliwosci realizacji instynktownych zamierzen. Jak wielkie emocje budzilo pojawienie sie jednej, potencjalne samotnej, kobiecej istoty na tym rozgrzanym, niczym arena koloseum po przedostaniej krwawej walce, parkiecie. Te spojrzenia, znaczenie terytorium, prezenie cial, wznoszenie sie na niedostepne za dnia wyzyny kreslenia figur tanecznych. Skondensowane pozadanie zdawalo sie w tamtych chwilach osiagac niemal kosmiczne nateznie w przeliczeniu na metr kwadratowy. Gwizdki, emocjonalne dyskusje naszych rodakow z ochorna, a w koncu pojawienie sie duetu policyjnego w tej onirycznej erupcji dzwiekow i swiatel, byly ukoronowaniem tego, jakze doskonalego po wszechmiar wieczoru.

Zgodnie z natura tych spotkan, nie wrocilem do domu. Dnia drugiego, o poranku, w duzym skrocie..odbyla sie prezentacja gry Halo 3, z udzialem Miska. Dalszy ciag zdazeniowy obejmowal, pojawienie sie Gabi, odwozenie Momy do pracy, rozpoczecie picia znowu, po czym ekskluzywny obiad w pubie i zgubienie portfela na koniec.

Na moj East Coast zawitalem, wyczerpany ale jakze wypelniony, niezwyklego pochodzenia, energia, ktora nawet dzisiaj karze mi wstac od tego cholernego laptopa i polozyc sie spac.

Slucham trzy.

Strasznie mi sie migawka "wydluzyla".

Wartosci sil dzialajacych na organizm, zmierzone za pomoca , podrecznego miernika sil dzialajacych na organizm, nie pozostawialy zludzen. Wskazowka nie schodzila ponizej 22G.

Blask przerazenia, rozpalal sie podczas podrozy nieustannie.

Kolatanie na watrobie, trzeba bylo natychmiastowo zminimalizowac.

Lheeeeteeeespoooon....

niedziela, 7 października 2007

Z wizyta w mateczniku...

Piekny weekend byl...

piątek, 5 października 2007

Sie spaceruje sie...

Inhalacja Jesienia rozpoczeta. W dni wolne od pracy Moomu wpadla sprawdzic czy zyje. zylem.

Na urodziny Paula nie dotarlismy, trudne warunki komunikacyjne w metrze nawet jak na 10 w nocy, do tego dopadl mnie ujemny bilans kondycyjny. A po probie zmuszenia mominy do obejrzenia wszystkich odcinkow "Wscieklych piesci weza" i "Sarniego Zniwa" spasowalem a wiec spiaczka a pozniej, znaczy sie o poranku juz, spacery bulwarowe i zwiedzanie miejsc w ktorych ostatnio sie poniewieram. (A Erdinger z kija plynie). Pieknie jest. Liscie, zapachy, piwo lepiej smakuje. Kondycja ino jakas taka bez polotu.

Aha dzisiaj idac za cieplymi slowami Lidki wystartowalem w konkursie na logo do spastykowanego muzeum W Lodz City. Kciuki naturalnie prosze utrzymywac w pozycji pionowej w zwiazku z tym. Wlasnie pije kolejnego buda by oddalic zle przeczucie ze wiadomosc z pracami konkursowymi wyslana o 00:00 o naglowku sobota moze nie klasyfikowac sie z deadlajnem ustalonym na piatek 23:60..

Start z BiałejCzapli.

Syf na stacji....

Muzyka jest na zywo. Z fleta. Nie tam przez jakies glosniki.

Ladna poza, nie powiem. Ale i tak pozniej zlapala cos do oka.

Tutaj wlasnie moment tego zlapania.

Gate do Half-Life'a barykaduje swym ogromem zywa zapora terenowa.

I level -04. Power Station.

I tu wlasnie, ekskluzywne dania serwowala nam bunczuczna polka. Momina znalazla mul w jednej muszli. Za co dostalismy w nagrode deser.

Wiadomo, dobry kibel, jest wdziecznym tematem do fotografii.

A wlasnie, skad mielismy folie?

Byl i czas na swawolne tance.



"Ze mnie nie jest taki zwykly men" jak spiewal Rydel.



Bez watpienia jest to moj ulubiony pub. Udowodnione jest, ze szubiennica poprawia smak piwa.

Kojfnieta latarnia, zaznacza, ze dzieje sie tu dobrze.

Jesien jak kazdy wie, jesien, ma wydzwiek depresyjny. Ale zeby tak od razu skakac?



W PL, dzikie sztormy na mazurach, smierc i zgliszcza a tutaj prosze. Dziatwa doksztalca sie w zamknietym doku portowym. Asysta motorowki, kapoki, fale na max 10 cm. Smierc jest ostatnia rzecza ktora moze spotkac te lagodne dzieci laknace przygody. Deprecha.


Tuz obok, fale wsciekle bily o brzeg.




Pocztowka prosze panstwa. Pocztowka jest za free jak sie nie ma filtra polaryzacyjnego.


Numer buta 44 zapewne.

Tak, w Londynie mamy kwiaty.


Stacja koncowa, BialaCZapla. Widok z peronu wyladunku East Line w strone niebosklonu.



Oczekiwanie na linie widmo. Hammersmith&City.
Naturalnie, zgodnie ze swoja specyfika sklad nie pojawil sie. Jak w spocie zubra. I koniec glupawych komentarzy na dzisiaj.

czwartek, 4 października 2007

A pod domem....


U mnie pod domem za "zaporą" wisi zabezpieczona Winda. A u Was, co wisi?

poniedziałek, 1 października 2007

cytat dnia


Z opiniotworczego forum olympusa: "Kręcąc zoomem fotoamator tak się napina, że w ogóle nie puszcza bąków. Niewypuszczone bąki wędrują do głowy i tak powstają posrane pomysły na kadry."

 blogi