Podobno to najlepszy tekst na wyrwanie dziewczyny w bełchatowie...



poniedziałek, 6 sierpnia 2007
niedziela, 5 sierpnia 2007
Post attributed to Paul
Sooou, Paul has left company to join "Front" magazine forces. I have no fking idea what shall I do now during the lunch time. And the question is, who will be my next slang teacher? We will miss ya as hell yo bastard. Wish you everything best mate and kick some asses there :)






The Friday leaving party was abs awesome.
Autor:
Inishi
o
19:27
0
komentarze
piątek, 3 sierpnia 2007
czwartek, 2 sierpnia 2007
bylyfylyzystsyzyf

Prawie zapomniałem się pochwalić znowu a tu takie małe coś :) Mianowicie byłem pierwszy raz w życiu na imprezie na której grano stricte hardcore. I to wcale nie tylko happy czy jak to w Polsce drumcore. Tylko najwyczajniejsza w swiece sieke na 170 i wiecej bpm. Impreza dedykowana kolektywowi muzyczno-klubowemu, faktem jest ze bylem jedna ze starszych osob na sali, więc człowiek czuć się mógł jak stary grzyb, ale dawno nie widzialem tylu usmiechnietych buziek, skaczacych na wszelkie mozliwe sposoby. To chyba powinno zadać kłam powszechnemu stwierdzeniu, że takie odmiany muzyczne kojarzą się wyłącznie ze fanami złotych lat faszyzmu i bezmyślną przemocą. Faktem jest, że przy gabbie i terrorcorze już miał bym mniej pewności ale tutaj cała sala wypełniona pacyfistycznym miodem. Lizaki, pluszowe buty, ściski, całusy, ultrafioletowe zabawki. I raz na jakiś czas jakiś lżejszy rave'owy numer, jakiś oldskool czy mocny jungle. Co niezwykłe, wokalne wstawki znają i śpiewają wszyscy, w ogóle odniosłem takie wrażenie, że chyba wszystkie kawałki publika zna na pamięć. Dziwny to kraj. No cóż, mój prawie 40 letni szef, z koszyka który przyszedł do nas z Ministry of Sound zabrał sobie mocną składankę Transową, więc korzenie muzyczne mają inaczej niż my wykształcone. Wracając do tematu, wytrzymałem dzielnie dwie godziny, potem ściana hałasu po prostu mnie zmiotła.
A tuż obok D&B, niby zwyczajnie, ale mordy jakieś takie gangsterskie, czapki, kaptury, złoto. I dwóch MC's, jeden wokalnie coś na kształt naszego Joki z K44 z frencz-dancehallowymi wstawkami a'la Sean Paul, drugi to już niski brutalny czarny rap z pończochą na głowie. Mistrzostwo. Na jeden mikrofon kolesie w wolnym stylu z prędkością którą do tej pory słyszałem w fr Twisty. Nie przepadam za MC's w takiej muzie ale tym razem słuchało się tego lepiej niż całego stojącego za deckami kolektywu. To już moja kolejna impreza drumowa w tym mieście no i cóż....błędem jest prawienie o śmierci i komercjalizacji d&b na wyspach, o hc już nie wspomnę.
Muscle car złapany przy Tottenham Court Road. Tak w klimacie opowieści.
Autor:
Inishi
o
21:35
0
komentarze
środa, 1 sierpnia 2007
shynola


Co sie tyczy screenshota z poprzedniego posta. Shynola to jak takie malutkie 4 osobowe studio, gdzieś tutaj w londynie, i już nie robią teledysków bo skonczyła się kasa, ludzie się zmienili etc...
Unkle - Eye for an Eye
radiohead
senior & junior
Beck - Epro
Lambchop - Is a woman
i na koniec jeden z lepszych teledyskow jakie widziałem
Queens of the stone age - Go with the flow
A tu konkurencja czyli
SSSR
Sublte "Swan meat"
Subtle " The mercury Craze"
Subtle "Long Vein of the LAw"
MetaPhrenie,
spot addidasa
A ma koniec bunny hop na kolarce : )
Autor:
Inishi
o
23:22
0
komentarze
wtorek, 31 lipca 2007
alley cat :)
Dzisiaj rozdziewiczenie miasta w kontekście rowerowania do pracy. Przygotowany byłem solidnie, mapki z dokładnymi koordynatami, trasa do pokonania, niecałe 20 km. Wyglądało nienajgorzej. Wynik końcowy, 2 godziny 40 minut zajęło mi to wszystko, 3 razy się zgubiłem, kilkanaście razy pytałem o drogę. To miasto jest popieprzone, szczególne kiedy nie wiesz które drogi są jednokierunkowe. Nie mniej wrażenia ultrapozytywne, 1/3 trasy wzdłuż kanału Regent's, jadąc tunelami pod mostami pełna kultura, wszyscy używają dzwonków by uprzedzić tych jadących z naprzeciwka. Jadąc w konwoju brzmi to bajecznie. Miasto nabiera zupełnie innej perspektywy, inaczej patrzy się na dystans, ale też inaczej na innych użytkowników drogi. Miłe jest to, że z całej tej chmary cyklistów nie dałem rady tylko trzem, mimo swojej mizernej kondycji i półrocznej przerwy. Wracając do domu, zmiana nastawienia, uznałem że delikatność i zgodność z topologią nie jest tu mile widziana i odpaliłem tryb hc. Tym razem na czuja na azymut, do tego jazda na czerwonym, na zderzaku autobusu, za kurierami i kolesiami na wyścigówkach, wbijanie się przed taksówki i łamanie zakazów. Od razu lepiej, tym razem 1 godzina 10 minut i jeszcze zdążyłem dwa piwka wychylić nad kanałem. Ten wynik da się poprawić ale potrzebuje jeszcze kasku, ochraniaczy, lepszej mapy i słuchawek żeby nie słyszeć jak trąbią :) Jeszcze się trochę cykam jak mi betoniara wyskakuje nagle z boku
Ale tak naprawdę wydaję mi się, to to jest właśnie idealny sposób na poznanie miasta. Londyn zaskakuje ogromna różnorodnością. Widać jak wyglądają poranne targi, jak ludzie spieszą sie do pracy, jak wyglądają budzące się do życia dzielnice pełne rezydencji i te trochę mniej wytworne.
Piękny jest podział na dzielnice stricte mieszkalne, City oraz historyczne trakty. Na koniec, zaliczony pub ukryty na uboczu w parku. Pełno rowerzystów, trawa skoszona w promieniu 30 metrów, by można było spokojnie się rozłożyć z piwkiem w reku. I nikt kompletnie nikt nie przejmuje się tym że kary za jazdę po pijaku bywają tutaj surowe a chwilę trzeba będzie wsiąść na rower i pognać do domu. Policja ma tu ważniejsze sprawy na głowie niż ścigać rowerzystów. I to napawa mnie rozkoszą.
Autor:
Inishi
o
21:10
1 komentarze
poniedziałek, 30 lipca 2007
Zdjęcia z randki niedzielnej
Canary Wharf, widok na azymut gdzie mieści sie centrum komunikacyjne całego półwyspu, kilka anten satelitarnych o średnicy 7-8 metrów, wozy transmisyjne takie tam...Centrum naturalnie nie widać, tylko jakiś dźwig i coś tam w tle.
Widok na Tamizę. (Zauważyłem, że lubi takie niezaplanowane spacery, widać ten uśmiech?)
Dome, i właśnie za tym czymś parę godzin wcześniej odbywaly się zawody Redbulla
Tutaj przy ostatniej lampie mieszka opasły pająk, nazwałem go 01, jutro podrzucę mu upolowanego w szafie mola.
Paul za guinessa płaci zawsze kartą...
Na tym stole w porze lunchu toczą się pojedynki o wielką kasę (np 20funtow), gram niebieskimi i na kilkadziesiąt spotkań trafiłem już raz do bramki przeciwnika...
Autor:
Inishi
o
23:30
0
komentarze


