poniedziałek, 29 października 2007

The Beatbox Choir

I tak zostalem na tym fotelu kinowym, z kazda koscia polamana otwarcie co najmniej w trzech miejscach, z wylamanymi rozrzuconymi na okolo palcami, glowa wyrwana z szyji, zwisajaca do tylu na kawalku miesnia. A kapiacy ze szcztakow tego co kiedys bylo czaszka, mozg, bezwiednie mieszal sie z zastygajaca na dywanie krwia.

Shlomo, Zani, Bellatrix i Spitf'yathe czolowka brytyjskiego beatboxu kontra Swingle Singers, swingujacy oktet. 6 tygodni wytezonej pracy, zwienczonej wystepem na Beatbox Convention.
Od momentu pierwszego spotkania, przedstawienia muzycznych orezy, poprzez szukanie wspolnej drogi i chwile zwatpienia. Beatboxerzy a cappella i chor uczacy wskrzeszania z krtani drumow. I tak jak powoli rodzi sie, z na pozor chaotycznego ciala, pelna symbioza zdolna do idealnego funkcjonowania bez wachania mierzaca sie z czyms co jazzie nazywamy "jam sesion".

Pare momentow jest wgniatajacych. Np. kiedy
padaja pytania do czego to zmierza, pojawiaja sie pierwsze watpliwosci, czy uda sie cokolwiek wspolnie stworzyc. Shlomo zarzadza by wszyscy odwrocili sie do siebie plecami i milczeli. Po 10 sekundach, pojawiaja sie glosne oddechy, westchniecia, jakies efemeryczne dzwieki, powoli wchodza kolejne warstwy choru i polamane rytmy na miare Afexa.
I wszystko pierwszy raz w zyciu. To jest wlasnie sila tego dokumentu. Widzowi w pelni udziela sie proces tworzenia. Kolejne elementy ukladanki zaskakuja i mechanizm powoli niczym tryby wielkiego prastarego zegara, skrzypiac, zaczyna obracac wskazowkami. By juz nigdy wiecej sie nie zatrzymac.


tutaj trailer:


a tak wyglada jam:

niedziela, 28 października 2007

Southbank Centre trip

Dzisiaj badalem wystawe "The painting of modern life". Byl Sasnal i Warhol. Technicznie i wizjonersko bez fajerwerkow. Zostaje w glowie tylko Franz Gertsch laczacy fotorealizm z jakimis sitodrukowymi bajerami. Z przyjemniejszych rzeczy, zostal bilet na jutro na pokaz "The Beatbox Choir". Reportaz o projekcie Shloma i the Vocal Orchestra, ktory mial z zalozenia byc pierwszym na swiecie Beatboxowym chorem. Kurwa ale leje.

Video Games Live

Legend of Zelda.

Martin Leung. Bezapelacyjnie gwiazda wieczoru.

Starcraft 2.
Podsumowanie. Zawiodlem sie. Focenie bylo zabronione i z ukrycia strzelalem. Flety, sekcja deta, talerze, kontrabasy, perkusja, wokal solo, gitara, wszystko z playbacku. Naglosnienie w nowej sali (Royal Festiwal Hall), raczej estradowe niz filharmoniczne. Akustycznie katastrofa. Konferansjerka stricte w amerykanskim stylu, poziom zartow podobnie. Swiatla oslepialy. Synchro orkiestry dalekie od idealu. Jedyny zalogant tego tonacego statku ktory wzbil sie pod niebosklon to Martin. Jego wirtuozerskie interpretacje klasykow chipowych wbijaly doslownie w fotel. Czlowiek ktory byl w stanie solo zawladnac cala sala.

sobota, 27 października 2007

Refleksje

Ja to sie chyba boje zycia, zamiast isc prosto skrecam w prawo. Pierwsza wizyta w nowym salonie fryzjerskim. Nie serwuja piwa. Spory minus.

A potem wielka na pol metra ryba z kalmarami tutaj.
.

Na patelni


Dousznie duuuzo Republiki, mietek zainspirowal mnie przypominajac "Smierc na piec" jeden z piekniejszych kawalkow jakie dokonali. Rydlem juz sie nasaczylem na najblizsze pol roku. Do tego troche d&b i jungle spod znaku Klute "The Emperors new Clothes". "No one listening Anymore" i nowsze plody, polecam. Ze smutkiem dokonalem odkrycia ze juz nie podchodza mi takie klasyki jak Kai Tracid czy MFG, nawet Juno Reactor troche kaleczy uszy. Moze to zasluga odsluchow. Kazde niedociagniecie postprodukcyjne tak kluje w blone, ze nie lakne powtorki tego doswiadczenia. Nauczylem sie slyszec bas na szurkach. To tak jak by zrobic kolejnego dana w karate.

Filmowo. "La Science Des Reves" (polecam recenzje na 212). Przecudne lirczynie love story. Taka meska schizofreniczna wersja Amelii. Troche szara a przez to bardziej namacalna.
Oraz Day Watch (Straz dzienna) Bekmambetov'a. Jak sie okazuje Rosja to nie tylko "Spaleni sloncem". Film zrobiony z polowy buzdetu naszego megagniota pt. "Quo Vadis". Te nieustanne narzekania naszego rodzimego podworka kinematograficznego, obnaza bezlitosnie wlasnie przyrownanie do owej produkcji. Jak sie okazuje, mozna na wschodzie zrobic mocne widowisko na miare naszych czasow, wypelnione efektami, z grubym zadeciem artystycznym strzelajacym aluzjami np. w st Bulhakowa. Ktore ani na krok nie bedzie odstepowalo w swym wizualnym jestestwie od produkcji iscie amerykanskich. Trzeba tylko miec pomysl, checi i zaadoptowac w locie jakas pozycje na czasie, aktualnego wieszcza mlodych. Po czesci pierwszej (Night Watch), dosyc ciezkiej, ale rownie barwnej w obrazy (tranformacja sowy w Olge np.) czlowiek jest mocno zaskoczony. Obsada nadal znakomita ale, mamy tutaj watek milosny, sceny batalistyczne, koniec swiata, mamy wysmienite poczucie humoru, mamy sporo aluzji do klasykow literatury rosyjkiej i to wszystko w matrixowej formule. Ta wielowatkowosc jest iscie urzekajaca, choc nie da sie ukryc, ze za pierwszym seansem mozna paru rzeczy nie zrozumiec. Pozycja obowiazkowa tej jesieni.

Zawodowo. Kolejne rozmowy w agencjach, codziennie odbierane telefony. Niby wsystko w porzadku. Trafiaja sie headhunterzy, konsultanci z biur posrednictwa wiekszego kalibru i co najciekawsze, sami mnie znajduja w odmetach netu. Milo jest, zachwyty skowronki, gratulacje, uprzejmosci. Ale... co z tego. Czuje sie jak towar z polki, ktory mimo atrakcyjnej formy, odkladany jest tak szybko jak tylko uda sie odczytac napis Made in Poland. A jakos nie potrafie sklamac z kad pochodzi moje praktycznie cale doswiadczenie zawodowe. Aplikujac na te pozycje ktore zapewnily by jakis rzeczywisty rozwoj, dostaje mizerny response, w porno juz sie powoli wypalam. Troche za duzo tej monotematycznej tresci. Atmosfera tez zdaje sie byc gnijaca. Niezdrowa rywalizacja, niezdrowe inspiracje graficzne szefow na sile przeszczepiane. Czas na zyciowe decyzje. Wiec jeszcze pare miesiecy by zamknac rok i jedziemy dalej do innego portu. Awaryjnie jak sie wkurwie wsiade na pare miesiecy na zbiornikowiec i poplyne gdzies w pizdu.

czwartek, 25 października 2007

KAry


W Londku, sa trzy typu karow. Jedne to kary wypasy. Drugie to dziadki, trzecie to none of the above. Wypasy bywaja spotykane stadnie, jest pare takich ulic gdzie mieszkaja maserati z Lamborgini i Ferrari a sa takie gdzie stoja Phantomy (R&R), Bentleye i bardziej zacne MB. Porshe i jaguary sa tak powszechne jak kolejka w metrze. A dziadki to juz cuda..jakies Bugatti, Aston Martin, Triumph, prastare MB. Nie jestem fanem motoryzacji ale jak jedzie TVR np. taka Chimera to wzwod murowany, co smutne nie jest to nawet ladny samochod, wazne ze asfalt wibruje w promieniu 20 metrow.

Aha, mafia jezdzi MB :)

wtorek, 23 października 2007

Opowiesci

Najpierw wybuchl mi w rekach księżyc. Potem poszliśmy z malinami na spacer.

 blogi