
Jestem tutaj chwile, a już skasowałem samochód, straciłem dwa zęby, złapałem zakażenie krwi a ochroniarz przy mnie, przewracając stoliki, wyciągnął po podłodze klienta z klubu za szyje. Ten kraj tętni życiem. Doprawdy brakowało mi tego.
niedziela, 30 grudnia 2007
I lofff you Poland
Autor:
Inishi
o
02:02
2
komentarze
poniedziałek, 17 grudnia 2007
Wesołych Świat :)
Toungue in Check i Harry jako Swiety M.
Jak by byly watpliwosci. W torbie same DVD z najnowszym porno, a na przedostatnim ujeciu na stole leza wchodzace na rynek wibratory...
Autor:
Inishi
o
23:01
3
komentarze
Etykiety:
porno industry,
praca
Czarne slonce, czarny dzien, czarna plama!
Cos we mnie łka
- To mój syn
- Maleńki zwierz.
Nie płacz.
Łożysko mej macicy pompuje krew świątyń,
antychrystów, Lucyferów mas.
Shemhamforash! 
Jejku jejku, jak mi Romka maluskiego brakowalo. Wiec teraz dzien w dzien a i czasem wieczorami zamiast modlitwy do snu slucham kazdej plyty po kolei, a wiec jest: i "Bastard" i "666" i "Oddech Wymarlych Swiatow", a pojutrze Alkatraz i "Error" i zanuzamy sie w uroczych wspomnienach....
Swoja droga ktos juz slyszal material z solowej plyty, jaki Romus nagral pod szyldem Mistic'a? Sample bardzo zaskakujace jak na hegemona polskiego heavymetalu.
I odwracamy temat. Kolejna porcja atrakcji jakie mnie spotkaly, abym nie knul wizji o mojej przyszlosci gdzie indziej niz na wyspach. Odebralem dzis obowie od szewca, naprawione. Wszystko pieknie pachnace. Pytam: Ile place? Nic, swieta ida, niech pan na prezenty wyda, drobna to naprawa byla. Dziekuje i prosze wrocic kiedys znowu...
W barze u Michaela. Wchodze, wszyscy usmiechnieci. Czego sie napijesz, co tam slychac, dawno Cie nie widzielismy. Szef serwuje danie, potem siada obok i gawedzimy. Jego przemila asystentka, liczy mniej niz zwykle za ulubionego sandwicha. Zyczymy sobie wesolych swiat i do zobaczenia w nowym roku.
Smazalnia Peter'a na Moanster rd. Fish and Chips jak zwykle na wynos bym poprosil co by na droge tez zabrac. Peter, sie usmiecha i daje zamiast jednej ryby, dwie (a szutka wielka jest ze 25 cm!), a zamiast tradycyjnego stostu frytek, taka ilosc ze nawet jak sie polowa biura zleci, wspolnym tym cialem nie podolamy. Za nic, za usmiech i za to ze raz na pare tygodni wsadze tam nos zobaczyc czy nic sie nie zmienilo.
Wiem, swieta ida, mozna to tym uzasadnic. Ale tutaj ludzie mili sa na co dzien. Zatrzymuja przypadkiem na ulicy, gratuluja Ci, krzycza z samochodow, chwala i ciesza sie razem z toba. Nikt nie zwroci mi uwagi ze mam dziwna fryzure, nie obetnie wlosow nozem zajumanym z baru, zwyzwya od idiotow i pedalow jak zaloze co bardzije kolorowe ciuchy i nie splunie na moj widok. Nikt, no chyba ze jest emigrantem z Polski...
Nie tak dawno, bodajze w wywiadzie z Tomaszem Raczkiem po jego blyskotliwym "comming out'ie", padla teza ze tak naprawde jestesmy bardzo tolerancyjnym spoleczenstwem. Potrafimy zyc z zydem, gejem i murzynem pod jednym dachem. Chcialbym by byla to prawda. Chcialbym, ale nie moge zapomniec o tym jak kazdy doslownie przejaw mojej innosci, od zarania dziejow kiedy jako czlowiek postanowilem bardziej wyrazac siebie i wyroznic sie z tlumu, byl natychmiast pietnowany. Nie moge, pozbyc sie wrazenia, ze jest to ocena czlowieka ktory chodzi w chmurach, stapa bosymi nogami po lisciach drzew, plywa w swietlistej aureoli we mgle nad miastem a tak naprawde nigdy nie trafil miedzy prostych ludzi.
Autor:
Inishi
o
21:58
0
komentarze
Etykiety:
fikcja,
homofobia,
ksenofobia,
polska,
rasizm,
zamknieci w klozecie
wtorek, 11 grudnia 2007
Pitu - pitu
wczorajsza rozmowa:
Eliwira (nazwijmy ja tak dla zamaskowania tozsamosci) i szef.
A wiec:
-Elwiraaaaaa! Dlaczego jestes dzisiaj w biurze ubrana w taki wymemlany domowy ciuch?
- Bo dopiero nad ranem wyszlam z aresztu.
- Jak to? co sie stalo?
- Wyciagneli mnie w nocy z samochodu, kiedy chcialam zaparkowac, ale oczywiscie powiedzialam ze nie chce jechac na komisariat na Hammersmith tylko na Putney! bo... w tamtym strasznie zimno jest i sa konie...
- I co zabrali, Cie tam gdzie prosilas?
-...hmmm. Nie...
- Elwira, radiowoz to nie taksowka!
Harry-rezyser, przebrany za mikolaja biegal po budynku i rozdawal ludziom nasze pornosy w ramach prezentow, w zamian za buziaka...A dzisiaj znowu usmiechnieta murzynka ze STYX'a, probojac mi zaimponowac, testowala maksymalna ilosc zawartosci bagietki. To juz sie ledwo do opiekacza miesci! I ten maslany wzrok i napierdala mi tego sera i kurczaka pietnascie warstw, ja pierdole! Zapuscilem brode, myslalem ze mnie w koncu przestanie rozpoznawac i zacznie robic normalne porcje....A ta znowu cyrki i 3,90 ani pensa wiecej...
Jutro kolacja wigilijna. Wczesniej niz normalnie bowiem wszyscy wyjezdzaja na urlopy. Mam pelne obawy przypuszczac, ze po tej libacji, nie wrocimy do pracy szybciej niz w piatek.
Autor:
Inishi
o
22:34
3
komentarze
poniedziałek, 10 grudnia 2007
List do Pana Aniola

Drogi Aniele Strozu.
Nigdy nie myslalem ze napisze do Ciebie list. Ale dzisiaj dales po prostu z siebie wszystko. wiec sam rozumiesz, dluzej zwlekac po prostu nie moge.
Otoz dzisiaj na rogu Brewer St. i James Sherwood, przytrzymales mnie dosyc mocno za klate, (wiem bo naprawde pedzilem), sprawiajac ze taksowka nie roztrzaskala mi czaszki. Tylko przemknela jakies 3 centymerty od mojego czola. Nie tylko ja, stalem przez chwile jak wryty, pan ze sklepu z naprzeciwka tez zdawal sie byc mocno zszokowany, stojac rozpostarty w drzwiach jeszcze dlugo po tym jak odszedlem.
Dziekuje Cie tez za to, ze parokrotnie wchodzilem na wielopasmowe ulice i na srodku nagle okazywalo sie ze cale szczescie jest zielone swiatlo dla pieszych. Jakze bylem wtedy szczesliwy. Dziekuje Ci za to ze zdolales wyhamowac ten pietrowy autobus na Hammersmith ktory zatrzymal sie z piskiem opon przede mna, kiedy niespodziewanie postanowilem przekroczyc jezdnie, zapominajac o ruchu lewostronym i mam nadzieje ze te osoby ktore sie w nim poprzewracaly sa cale i zdrowe. Dziekuje, tez za to, ze udalo sie poderwac samolot kiedy ostatnio podchodzilismy do ladowania i jakis helikopter nam wlecial na pas. Ze starszych spraw.
Dziekuje Ci jeszcze za to ze idealnie wycyrklowales moim katamaranem miedzy slupami kiedy wylecielismy z drogi w Gorlicach i ze ta wisnia byla sprochniala. Za to ze wyprzedzilem poslizgiem bocznym po koleinach jakis samochod wracajac z soliny, za to ze bicie rekordow predkosci na tych odcinkach przed Radomiem zawsze konczylo sie spokojnie. Ze scigajac sie z tym niebieskim Peugeotem 407 udalo sie wyprzedzic na zakrecie konwoj Tirow i nic nie jechalo z naprzeciwka. I za kolejne wyprzedzanie, to na wiadukcie w srodku nocy kiedy jechalismy na Woodstock i nie wiem jakim cudem sie udalo... (a pozniej jak juz wracalismi przed Poznaniem, kiedy poszli spac za to udalo sie pobic w koncu rekord :) W ogule za caloksztalt opieki kiedy prowadzilem w kompletnie poroniony sposob, ze nikogo ani siebie jeszce nie zabilem, nie liczac skoszonych slupkow, krzakow i plotow. Ze, jadac rowerem nie wpadlem w deszczu pod tego starego hamujacego ikarusa tylko udalo sie wskoczyc na kraweznik. Za ten ogromniasty gwozdz wbity pionowo w deske co byl tuz obok a nie centralnie pod moja glowa jak spadlem z drzewa, i tak dalej, i tak dalej, gdyby nie ty...to juz bym nie zyl pewnie z kilkanascie razy. Nie mam pomyslu jak moge sie odwdzieczyc, napisz wiec mejla jak bedziesz mial chwile. Panie Aniele, mocna rzecz te pana czyny.
Autor:
Inishi
o
22:36
3
komentarze
Fycelek

Plany na dni wolne byly wielkie, aczkolwiek jak mawia przyslowie z duzej rury do malego nie naleje. Oxfordstreet napecznialy od tlumu. Najbardziej meczaca ulica w tym miescie. W Primarku, mozna sie porzygac od ogromu tandety za 1-3 funta ale spoleczenstwo gluche na jakosc i wyzysk maloletniej populacji chin, wiec bez zajakniecia uprawia dzikie szalenstwo zakupowe. Pewnie i ja dal bym sie naciac na zapudelkowany zestaw 40 gaci za pol darmo, ale wizja uprawiania ekwilibrystyki cyrkowej miedzy polkami i stania w kolejce przez pol dnia, skutecznie odstraszyla. Wielki Pan ochroniarz niezadowolenie swe okazal ze tak szybko skapitulowalem.
Xerowanie, dawno zapomniany zwrot, a bardzo na czasie widze. Wszyscy wszystkich xeruja, od paskow, po elektronike nawet ze mnie nieszczesnego ktos sobie lepi swoj prywatny kawalek plastiku. Aby wam te chiny ludowe w macicach tworczych niczym osc w gardle stanely.
Autor:
Inishi
o
00:08
2
komentarze
Etykiety:
made in china,
plastik,
xerox
niedziela, 9 grudnia 2007
Rozkosznosci
Mile jest to uczucie towarzyszace spotykaniu rzeczy niezwyklych. Takiej natury, ze czlowiek zastanawia sie, "I po co te wszystkie narkotyki?" Tak poprzez zupelny przypadek, z zaskoczenia. Kiedy przytrafiaja sie w codziennosci, jak sie gdzies idze, i idze przez to zapchane miasto, nagle staje i..
Stacja metra nazywa sie Clapham Common. Poludniowy Londyn, nitka Northern line. Mala waziutka, 2 metrowa wysepka dla pasazerow, ukryta gdzies w glebi ziemi. Trzeba troche czasu posiedziec na peronie, wytlumaczyc sobie ze warto, zanim sie trafi na odpowiedni moment. Ale pozniej, kiedy zatrzymaja sie w tym samym czasie dwa jadace w przeciwna strone sklady, ty zaczynasz isc sobie srodkiem peronu powoli w strone wyjscia. Sklady zaczynaja ruszac, oba na wyciagniecie reki. I przyspieszaja. I zaczyna sie. Poronione psychodeliczne i geometrczyne szalenstwo, halas, drgania betonu. Wszystko na raz. Bardzo rozkoszne widowisko. Radek by powiedzial pewnie "Mozna sie spuscic".
Na zdjeciu, Stepney Green. Linia District.


